środa, 14 stycznia 2015

12. W zdrowiu i w chorobie

Co w życiu dr Alice Howland jest absolutnym priorytetem? Pielęgnowanie pamięci. Bez tego, naturalnie, trudno o sukcesy na polu zawodowo-naukowym, o inwestowanie w siebie, swoich bliskich. Co natomiast dzieje się w momencie, w którym owa pamięć, doskonale wyćwiczona, stopniowo słabnie, zaczyna dokuczać, by na końcu stała się przekleństwem oraz miarą bólu? Mówi się, że choroba nie wybiera, pojawia się jako nieproszony gość, którego tak po prostu nie można odprawić. 


Nasza główna bohaterka stanowi autorytet. Wykłada lingwistykę na Uniwersytecie Columbia, posiada trójkę dorosłych dzieci, kochającego męża. Jej codzienność jest jak z obrazka, namalowanego ciepłymi, jasnymi barwami, należałoby dodać. Odczuwa dumę z powodu osiągnięć, jednakże nie poprzestaje na nich, by móc bezustannie piąć się w górę, pokonywać wszelkie możliwe opory. Gdy słyszy diagnozę, która równocześnie okazuje się być niezwykle rzadkim klinicznym rozpoznaniem, nie tylko oswaja się z tą tragiczną wieścią. Poszukuje też kreatywnych rozwiązań, chcąc jak najdłużej pozostać w dobrej formie. 

Fakt, że nie toczy samotnej walki, jest sprawą największej wagi. To rodzina kreuje dla matki nową rzeczywistość, w którą wkroczyć musi każdy jej członek. Niewyczerpany zapas cierpliwości, miłości, ciepła i opieki zacieśnia więzi domowników, czyniąc ich wzajemne relacje mocniejszymi, prawdziwszymi. Alice otrzymuje także strumień wsparcia i empatii od ludzi z zewnątrz. Podczas sceny przemówienia dokonuje szczerej konfrontacji z inwalidztwem, ułomnością. Głośne oklaski tłumu zebranych tylko potwierdzają ufność słów, których z upływem chwil będzie w stanie wypowiadać znacznie mniej. 

Hi, Alice. I'm you. And I have something very important to say to you.

Wraz z postępującym Alzheimerem, kobieta zostaje odcięta od wspomnień, sytuacji z przeszłości. Powoli gaśnie oraz przestaje orientować się w otaczającej ją przestrzeni. Julianne Moore doskonale interpretuje postać. Rozumie specyfikę tej właśnie przypadłości, tworzy dramatyczne napięcie, świetnie pracuje ciałem, mistrzowsko gra spojrzeniem. Długie ujęcia, zbliżenia na twarz nadają filmowi klimat intymny i bardzo prywatny. 


"Still Alice" jest niezależną, kameralną produkcją. I dobrze. Wnioskuję, że nie potrzeba nic więcej, nic ponad prostotę i nośność przekazu. 

czwartek, 27 listopada 2014

11. Sensacją karmiony

Koncepcja wprowadzenia niebezpiecznego oraz tajemniczego bohatera do scenariusza zazwyczaj jest słuszna, korzystna. We współczesnym świecie popkultury odnotowuje się tendencje do wyodrębniania tych czarnych charakterów wzbudzających dreszcze i ogromne podniecenie zarazem (a mowa o mordercach, psychopatach, socjopatach, emocjonalnie niestabilnych). Dan Gillroy, reżyser, znając potrzeby masowego odbiorcy, kreśli intrygę, kładąc największy nacisk na unaocznienie trudów jednostki, która w pamięci, słowo daje, pozostanie na długi czas. Proponuję zapiąć pasy, bowiem tytułowy wolny strzelec zabiera na szybką, ryzykowną przejażdżkę po ciemnych, mrocznych ulicach Los Angeles, zatrzymując się po drodze i wskazując palcem na to, co przerażające, straszne, niekiedy niemoralne. 


Lou Bloom zabiega o marzenia. Egzystuje w cieniu ludzi sukcesu, wiążąc nadzieję na lepszą przyszłość. Szuka stałej pracy, lecz drobne przewinienia, których się dopuszcza, są powodem nieustających odmów ze strony zwierzchników. Wykluczony odludek zaczyna dojrzewać do podjęcia samodzielnego kroku. Ruchem tym jest rozpoczęcie działalności freelancerskiej. Dokonuje zakupu prowizorycznej kamery, by wkrótce stała się ona narzędziem dokumentacji losowych wypadków oraz nagłych tragedii. Nie cofnie się przed niczym, chcąc w porę dotrzeć na miejsce zdarzenia i sfilmować godny sprzedania materiał. Należałoby zadać sobie pytanie, czy kronikarz świadczy profesjonalne usługi wziętej stacji telewizyjnej, otrzymując tym samym sprawiedliwe wynagrodzenie, czy tylko wzbogaca się kosztem codziennych katastrof i nieszczęść? A co szczególnie ciekawi, czy to dostarcza przyjemności, ujawniając jego szaleńcze pobudki?

Jake Gyllenhaal to najjaśniejszy element filmu, zasadniczo nie partneruje mu żadna inna postać. Tworzy wokół siebie przestrzeń, napędzając akcję, która, w zestawieniu z nieco teatralnym charakterem dzieła, daje uderzający efekt. A nieprzypadkowo o tym wspominam. Wiele gestów, ruchów, ponurych spojrzeń, a także pewnego rodzaju alienacja złodziejaszka, nadaje produkcji formę monodramu, spektaklu jednego aktora. Gyllenhaal spełnia wszystkie potrzebne wymogi. Portretuje człowieka w procesie przemiany. Człowieka szukającego metod, by wznieść się na wyżyny, zasmakować sukcesu, być widocznym i namacalnym. Dopiero zyski zmieniają świat mężczyzny, ale czy na lepsze? Apetyt rośnie w miarę jedzenia. A przecież im więcej się dostaje, tym trudniej powiedzieć stop. 

Ujęcie miasta po zmierzchu okazało się zabiegiem całkowicie akuratnym. Ciemność demaskuje oblicze Blooma, wiedzie go przez czyny i niewłaściwe decyzje, uderza zatrważającym klimatem. To pod osłoną nocy pojawia się strach i obawa przed tym, co może się dziać. 


W rzeczy samej, "Wolnego strzelca" ogląda się z zapartym tchem, a to tylko i wyłącznie za sprawą naszego śmiałka. Tak niejednoznaczny i nieprzewidywalny, z obłędem wymalowanym na twarzy, kusi do złego. Jeżeli moje oczekiwania ograniczałyby się do dobrze skrojonego protagonisty, nie poddawałabym w wątpliwość to, że mam do czynienia z dziełem kompletnym. Tak jednak nie powiem. Kasandryczny obrazek pełen eskapad to jedno, rozmyta obecność wątków pobocznych - drugie. 

wtorek, 11 listopada 2014

10. Czechowickie Prezentacje Filmowe

Miejscem, w którym czuję się jak w domu, jest kameralne, lecz przy tym niesłychanie przytulne kino studyjne "Świt" w Czechowicach-Dziedzicach. Dumnie obserwuję postęp działalności tej placówki wraz z każdym jej ruchem. Staram się także na bieżąco śledzić wszelkie uskuteczniane przeglądy filmowe, ażeby móc na nich, w istocie, zagościć. Programy festiwalowe są zawsze ambitne i rozmaite, a przygotowywane konkursy stanowią sympatyczny, miły dodatek. Wrzesień upłynął mi pod znakiem Czechowickich Prezentacji Filmowych, najstarszej cyklicznej imprezy kulturalnej organizowanej od 1992 roku. 

C'est la vie
Boyhood



Tegoroczna edycja ruszyła z impetem, rozpoczęła się gorącą premierą "Boyhooda", rezultatu wieloletnich starań zarejestrowania powszedniości przeciętnej mieszczańskiej rodziny, w której wysunięty na pierwszy plan zostaje chłopiec o imieniu Mason. To właśnie z nim widz dorasta, doświadcza tych lepszych oraz gorszych chwil, a co najistotniejsze, trzyma za niego mocno kciuki w każdej podejmowanej decyzji. Poznajemy również jego zagubioną Mamę wmanewrowaną w nieudane związki; swawolnego Ojca, niespełnionego muzyka oraz Samanthę, starszą siostrę. Jest to prosta historia, ale przyznać trzeba, Linklater ma dobre oko. Dba o detale, szczegóły, a dom staje się osią głównych wydarzeń. Film głosi pochwałę i celebrację życia. Reżyser zachęca do cieszenia się drobnostkami, namawia do odważnego stawiania czoła problemom, lecz nie sili się na pozory. Prawdziwość, próby utożsamienia się z postaciami, możliwość odnalezienia się w podobnych sytuacjach, to jest właśnie u Czarodzieja zniewalające. 

Charaktery dziwactwem podszyte 
Frank



Rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii. Młody mężczyzna u progu dorosłości przechodzi kryzys. Ma pracę niepokrywającą się z zainteresowaniami. Najbardziej w świecie kocha muzykę, harmonię, dźwięki, sam też komponuje, lecz nie odnosi na tym polu nawet minimalnych sukcesów. Gdy spotyka tytułowego bohatera na co dzień noszącego wielką kartonowa głowę zakrywającą twarz, a ponadto resztę ekstrawaganckiej ekipy rockowego zespołu, następuje punkt zwrotny w jego nużącej egzystencji. Szukając najbardziej znamiennego słowa opisującego "Franka", bez wahania wybrałabym "oryginalność". Dlaczego? Z powodu kuriozalnej, cudacznej oprawy, idealnie zbalansowanej, zachowującej równowagę pomiędzy artystycznym wariactwem a melancholią. Pełna groteski opowieść magnetyzuje, zaś Lenny Abrahamson świadomie operuje kiczem, wprawiając częstokroć w trudny do wytłumaczenia stan transu. 

Żądze uśpione 
Mój kuzyn Zoran


Paolo walczy z nałogiem alkoholowym, wszystkie jego dni są szare, monotonne, przepełnione pustką i samotnością. Nostalgiczny bieg czasu przerywa pojawienie się krewnego, którym zmuszony będzie się zaopiekować, zająć. O tym stara się mówić "Mój kuzyn Zoran". Podczas seansu zerkałam miliard razy na tarczę zegarka, próbując w ciemności odczytać godzinę, licząc zarazem w duchu na szybki i w miarę bezbolesny koniec. Kiedy wreszcie moje oczy spostrzegły napisy końcowe, westchnęłam z ulgą. Autor włoskiej produkcji, Matteo Oleotto, szalenie ambicjonalnie potraktował swój projekt. Próbował skonstruować inteligentną komedię, odnoszę wrażenie. Taką, która rozbawi i pozostawi z przystępnym, ale wynikającym z treści morałem. Na poziomie fabularnym brakuje zachwytu, realizacja pozostawia wiele do życzenia, a o aktorstwie nawet nie warto wspominać. Nie polecam go nikomu, chyba że do obiadu. 

Wniosek taki: festiwale służą kinomanom. Mniejsze, większe - bez znaczenia. Wynieść można z nich sporo, zapoznać się z niejednolitym, czasem nietradycyjnym repertuarem także. 

czwartek, 23 października 2014

9. Młodzi kontra Świat (Festiwal Kamera Akcja, cz. II)

"We Are the Best!" absolutnym wygranym Festiwalu Kamera Akcja. Bądź co bądź, tegoroczna edycja podpowiadała zainteresowanie się alternatywami, toteż większość seansów umknęła mojej uwadze. Pojawiłam się na zaledwie trzech projekcjach (może aż trzech, gdyż fakt faktem, wszystkie trzymały wysoki poziom), lecz w największym stopniu porwał i zauroczył najnowszy Moodysson. Niech prostym, a zarazem treściwym argumentem będzie następująca myśl: nie potrafię sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej wyszłam z kina w tak wyśmienitym, wybornym nastroju. 


Jestem fanką nieskomplikowanych historii. Ta akurat koncentruje się na trzech dorastających dziewczynkach, Klarze, Bobo i Hedvig. Ekstrawaganckie w wyglądzie, ubiorze, zachowaniu, tworzą zamkniętą, hermetyczną grupę autsajderek, których okres dziecięcy przypadł na lata 80 XX wieku. Aby pokazać swoją odmienność, wykorzystując doskonale świadomość tego, że punk is not dead, zakładają zespół muzyczny i nawet brak predyspozycji nie stoi na przeszkodzie do spełniania ich skrytych, cichych marzeń. Bronią się przed pospolitością, dzielą wzloty i upadki, poznają się bliżej ze światem. 


Rozkwit przyjaźni, tej niepozowanej, autentycznej, uwznioślonej wzorcami oraz ideałami, śledzi się z rozrzewnieniem. Pewne okoliczności i sytuacje, w których znalazły się bohaterki, są także wycinkami z przeszłości odbiorcy. Zabierają w sentymentalną podróż po miejscach nam bliskich, budząc wspomnienia. 

Istotnym czynnikiem odpowiadającym za jakość obrazu jest poczucie humoru. Błyskotliwe dialogi znakomicie brzmią. Bystrość nastolatek, komentowanie wszystkiego, co je otacza w sposób lekki, kąśliwy, z domieszką ironii, dodaje właściwego smaczku. Tempo akcji ani na moment nie ustaje, każde zdarzenie napędza to nadchodzące, co dowodzi zachowaniu płynności i konsekwencji w fabule. Reżyser ma wyczucie chwili, można rzec. Poświęca debiutującym aktorkom uwagę, wydobywa z nich naturalność. Grają one przekonująco i miarodajnie. Czegóż trzeba więcej?


Profesjonalizmu i oryginalności uczmy się od Moodyssona. Szwedzkiemu twórcy nie wyczerpuje się zapas pomysłów, wciąż świetnych, nowatorskich. W porównaniu z "Fucking Amal" czy "Lilją 4-ever", "We Are the Best!" jawi się jako szalenie optymistycznie rozpoznany i przedstawiony problem dorastania. Króluje żart, króluje dystans. To są zupełnie nowe wrażenia, których nie pomyślałabym, by próbować łączyć z reżyserem kojarzonym z posępniejszymi, mniej wesołymi przedsięwzięciami. 

piątek, 17 października 2014

8. Wokół kina (Festiwal Kamera Akcja, cz.I)

Nastał czas podsumowań. Pobyt na Festiwalu Kamera Akcja w Łodzi dobiegł końca. Pora zreferować zdarzenia, przybliżyć atmosferę miejsca, niewykluczone też, że zachęcić do wglądu w strukturę, pracę czy funkcjonowanie tak rozwojowej, sukcesywnie usprawnianej imprezy. Pierwsza część relacji dotyczyć będzie okołofilmowych inicjatyw, które w sposób zupełnie nieoczekiwany zawładnęły moim harmonogramem. 

Fast Dates


Kuba Mikurda, Błażej Hrapkowicz, Anna Bielak, Kuba Armata, Joanna Jakubik, Marcin Adamczak, Kaja Klimek
W sobotni poranek dostąpiłam zaszczytu poznania ludzi z branży (dziennikarzy, producentów, krytyków filmowych). Koncept przeprowadzenia cyklu rozmów z profesjonalistami od samego początku sprawiał wrażenie precyzyjnie zaplanowanego. W efekcie zgromadził wcale niemałe grono rozpłomienionych blogerów-amatorów. Piętnaście minut dyskusji, żartów oraz pytań przypadających na konkretnego gościa minęło błyskawicznie, a forma randek, niezwykle zmyślna, świeża, przypadła mi do gustu.

"Międzynarodowy sukces Idy. Case Study"

Ewa Puszczyńska, Magdalena Malisz, Wenancjusz Szuster, Ewa Stusińska
Warsztatom poświęconym "Idzie" czegoś zabrakło, bez dwóch zdań. Choć nie zamierzam polemizować z członem merytorycznym spotkania, tak muszę dodać, że spodziewałam się nieco innej realizacji tematu. Nie otrzymałam odpowiedzi na nurtujące pytanie o powodzenie dzieła filmowego w kontekście nagradzanej produkcji Pawlikowskiego. Jednak pokazywanie i wydobywanie różnic, a także treści z ogólnoświatowych plakatów, zwiastunów, przykuwało wzrok. 

"Krytyk w markecie"

Joanna Tereszczuk, Joanna Łapińska, Michał Pabiś-Orzeszyna, Kuba Armata, Anna Bielak
Na panel ten udałam się spontanicznie, z potrzeby zrozumienia zasad aktywności rynkowej. Nie znam praw marketu, aczkolwiek tocząca się debata dała podstawową wiedzę, którą zapewne spróbuję poszerzyć. Obszar rozważań skupił dwa kręgi: recenzentów i dystrybutorów. W trakcie wymiany zdań zorientowałam się w wielowymiarowości całej machiny. Jeśli o mnie chodzi, mogłabym tak trwać znacznie dłużej. 

"Jak zrobić wywiad z Justinem T.?"

Mariola Wiktor
W niedzielę trzeba było wracać. Idealnym pożegnaniem poprzedzającym zlot blogerów okazały się warsztaty ubarwione przyjemnymi historiami, anegdotami, opowieściami traktującymi o prawdzie tej konkretnej specjalizacji dziennikarstwa. Rezolutność Marioli Wiktor fascynuje, podobnie jak jej dążenie do osiągnięcia celu w prowadzeniu konwersacji ze znanymi osobistościami. Najwidoczniej zadawania właściwych pytań nauczymy się głównie dzięki praktyce oraz umiejętnościom obserwowania i badania reakcji drugiego człowieka. 
Fot. Marta Strzelczyk / Alone Photography

sobota, 4 października 2014

7. Hej, przygodo!

Mej miłości do kina, jak dotąd, nie udało się wyrazić udziałem w festiwalu filmowym, którego zasięg, większy oraz bardziej natężony, integrowałby całkiem pokaźną liczbę gorliwych pasjonatów-uczestników. Możliwość otrzymania akredytacji zrodziła zainteresowanie, z kolei sam moment przyznania jej objawił zafascynowanie. Trwa ono do dziś, procentując napisaniem tej publikacji, a raczej zapowiedzi imprezy, na którą nie potrafię się doczekać.



Piąta edycja Festiwalu Kamera Akcja w Łodzi rozpocznie się dziewiątego października, więc już niebawem, a zakończy dwunastego października w niedzielę. Uczestnictwo w tak intrygującym wydarzeniu pozwoli nam, silnie prosperującej społeczności blogerów, ponownie się zobaczyć, spędzić owocnie i jakże ambitnie wspólny czas, wypełnić go serią rozmów i pogawędek, uwzględniając przede wszystkim obecność na wielu projekcjach, warsztatach oraz panelach dyskusyjnych.

W urozmaiconej ofercie udostępnionej przez organizatorów trudno o eliminację. Program obejmują sekcje: pokaz otwarcia ("Mommy", reż. Xavier Dolan), pokaz zamknięcia ("Dzikie historie", reż. Damian Szifron), pokazy przedpremierowe ("Lewiatan", reż. Andriej Zwiagincew; "We are the best", reż. Lukas Moodysoon; "Zimowy sen", reż. Nuri Bilge Ceylan). Będzie można pochylić się nad pełną wersją "Nimfomanki" Larsa von Triera, zwrócić uwagę na twórczość reżysera-społecznika, Kena Loacha, w jego dwóch dziełach ("Jestem Joe", jak również widziany i zrecenzowany przeze mnie "Klub Jimmy'ego"). "Ryczący lew. Złota era Hollywood" to przegląd dawnych klasyków wytwórni Metro Goldwyn Mayer. Tymczasem fanom egzotycznych klimatów proponuje się kino kostarykańskie, a dla entuzjastów Stanleya Kubricka mam dobrą wiadomość - przewidywany seans cenionego "Lśnienia" oraz dokumentu zatytułowanego "Room 237". 

Obok warsztatów z twórcami, artystami, dziennikarzami, kierownikami produkcji, młody krytyk nie powinien przechodzić obojętnie. Słowa profesjonalistów wraz z każdą poradą czy nauką mogą okazać się niezwykle budujące, przydatne. Ja mam w planach pojawić się na spotkaniach z: Mariolą Wiktor ("Jak zrobić wywiad z Justinem T.?"), Magdą Malisz i Wenancjuszem Szusterem ("Międzynarodowy sukces Idy. Case Study"). 



Życzyłabym sobie, aby Festiwal Kamera Akcja stał się moją małą tradycją, eventem obowiązkowym. Chcę rokrocznie powracać do tego miasta z jak najlepszymi wspomnieniami. 

czwartek, 18 września 2014

6. #PublicznaSpowiedźBlogerówFilmowych

Być może jeszcze tego nie wiecie, ale razem z grupą blogerów zdecydowaliśmy się na stworzenie własnego, bardzo osobistego i subiektywnego rankingu filmów świetnych, kultowych (a przynajmniej nazywanych w ten sposób w zbiorczej opinii), które jednak w naszych odczuciach okazały się mdłe, nieciekawe, bez wyrazu, zwyczajnie nijakie, a już tym bardziej niezasługujące na powszechnie przyjęte miano legendarnego kina. W moim zestawieniu znajdą się również nowsze projekty, przy czym starszych tytułów też nie zabraknie. Myślę, że pomysł ten jest pewnego rodzaju ewenementem, ponieważ ciężko polemizuje się z klasyką, kłopotliwie kalkuluje się klęski. Do dzieła!

1. "Absolwent", reż. Mike Nichols


Coby była jasność, przepadam za Dustinem Hoffmanem, a film ma swoje momenty. Nichols mówi o kwestiach bieżących, aktualnych, bo przecież niejeden młody człowiek w pewnym etapie życia uświadamia sobie, iż nie wszystko, co się z nim dzieje, potrafi nazwać, zdefiniować, bezproblemowo określić. Mało tego, dowiaduje się, że codzienność i dorosłość to nie fantasmagoria, zaś rozeznanie we własnych emocjach przychodzi z czasem. Utwory duetu Simon&Garfunkel często nucę pod prysznicem, dopasowując piosenkę do danej sceny lub sytuacji. Niestety, na ekranie panuje chaos i akurat nie ma w nim metody. "Absolwent" jest nierówny i pozytywne wrażenia szybko zostają wyparte przez te złe. Tematyka z pomysłem mogła kiedyś szokować, ale dziś staje się wtórna.

2. "Charlie i fabryka czekolady", reż. Tim Burton


Często nie rozumiem szalonych wizji Burtona. Wciąć zdumiewa nowymi przedsięwzięciami, nie przestaje być także aktywnym twórcą. "Sok z żuka" wielbię, przy "Dużej rybie" się roztkliwiam, "Ed Wooda" wspominam z sentymentem. Wprawdzie nie umiem docenić marnie napisanej historii o ubogim chłopcu trafiającym do słodkiej wytwórni Willy'ego Wonki, niemniej zazdroszczę mu nietuzinkowego spojrzenia na sprawy doczesne. Tak się składa, że ilość bezzasadnej magii i absurdalnych zjawisk przytłacza, dusi, ale mimo to skrycie puszczam do niego oko: za inwencję, za wkład, za charyzmę, za wytrwałość.

3. "Das Boot", reż. Wolfgang Peterson


Człowiek w zamknięciu, wegetujący w obliczu działania potężnego żywiołu, to problematyka, która frapuje mnie od dawien dawna. W dodatku gustuję w kinematografii wojennej. Dobrze lub poprawnie zrealizowana, potrafi wywrzeć kolosalny wpływ. Dlaczego? Bo prawdziwie, bo dobitnie. Powodów jest wiele, aczkolwiek ja nie znajduję żadnego godnego przytoczenia, jeżeli dyskusja zaczyna dotyczyć "Okrętu". Zgadza się, warunki do spełnienia miał niecodzienne. Na tamten okres - nie przekonałam się. Po seansie zostało tylko wypalenie, znużenie. 

4. "Drive", reż. Nicolas Winding Refn 


Muszę baczyć na słowa, by uniknąć gniewu Emilki, ponieważ "Drive" jest lichy. I choć porządny, intrygujący wstęp rokował (Kavinsky, kłaniam się nisko), tak ogromny zawód oraz spadek formy nastąpił chwilę później. Wynika to prawdopodobnie z próby naśladowania oryginalności, szukania innowacyjności. Z przykrością stwierdzam, że eksperyment się nie powiódł, oj nie. Pogoń z bronią, pisk opon, nonsensowne pościgi. Prędkości i adrenalinie brak wyczucia. Nieustępliwość w stosowaniu tanich efektów przyczyniła się do spłycenia warstwy fabularnej, zbagatelizowania bohaterów, a przecież zasłużyli oni na nieco więcej uwagi. 

5. "Wilk z Wall Street", reż. Martin Scorsese 


Nie należy się tym chwalić, ale powinnam przyznać, że nie znam dorobku Martina Scorsese. Przeprawa przez jego filmografię nie będzie uciechą. Zanim znów dam mu szansę, minie sporo czasu. Cóż się mogło takiego wydarzyć, pomyślicie. Niewiele, rzucę niechętnie. Trzygodzinna obserwacja prymitywnych zabaw pracowników korporacji skrajnie mnie wyczerpała. Co powiem w sprawie Belforta? Wypadałoby nim potrząsnąć. Bezrozumny, bezmózgi, irytujący charakter. Warto ukazywać realia bez idealizowania, to się artystom, naturalnie, udało. Sfilmowanie paru lat śmiesznej egzystencji byłego maklera giełdowego, choćby ujęte z największym rozmachem w towarzystwie najlepszych intencji, w mojej skromnej ocenie nie miało większego celu. 

6. "Wstyd", reż. Steve McQueen


Koncept byłby godny uwagi, naprawdę. Przekraczanie barier, przełamywanie tabu przy użyciu kamery jest arcyważne. Tymczasem sama idea nie wystarczy, bo nie formułuje całości. Ja nie podzielam entuzjazmu dla osoby Michaela Fassbendera (wyjątek - we "Franku" przywdziewa maskę i da się go znieść, ale o tym kiedy indziej). Jak do tej pory, jeszcze nie oczarował, a wyłącznie rozdrażnił. "Wstyd" nie boi się epatować seksem, boleścią i spleenem, ale robi to niesamodzielnie, nie proponuje niczego od siebie. Tutaj niedomówienia są skutkiem niedopracowania.